byłam niezłym matematykiem- łyżeczka kaszki, dwie łyżeczki herbatki, łyżeczka kaszki dwie łyżeczki herbatki....
Teraz przerzuciłam się na: dwie godziny pracy umysłowej, trzy godziny relaksu, dwie godziny pracy... Social Divisons here I come....
Saturday, December 13
Friday, December 12
Friday, December 5
Geniusz wcielony
33/37 punktów ze statystyki, esej z socjoligii w kategorii 70+ (a dokładnie 74). Mówcie mi MISZCZU.
Saturday, November 8
Magnetyzm
zwierzęcy chyba posiadam. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że
- BMM w nieustającym kontakcie
- Rezydent sam z siebie pisze smsy
- Pierwsza Wielka Miłość się przeprowadziła 20 min. od Edynburga
- adoratorów obecnie posiadam trzech
Tak było jeszcze 2 tygodnie temu. Teraz natomiast...
-BMM nie odbiera telefonów, bo oczywiście wtopił (a ja jestem trusting moron i chyba w życiu się nie nauczę na własnych błędach...) i się boi;
-1/3 adoratorów się wymieniła, u reszty jestem coraz wyżej w rankingach (np. przez fakt, że mam absolutnie fenomenalne, czerwone buty). Jeden się upiera, żeby minie koniecznie nakarmić (no oczywiście, w końcu ja taka zabiedzona jestem), drugi dba, żebym się nie zgubiła oraz dba, o to, żebym była doskonale poinformowana o WSZYSTKIM. Ciekawe, co wymyśli trzeci...
- Pierwsza Wielka Miłość zdążyła mnie już odwiedzić, zadzwonić x razy "bo się nie odzywasz i na necie cię nie ma" oraz umówić na kolejne odwiedziny;
-Rezydent nie tylko pisze, ale i dzwoni SAM Z SIEBIE
- o tym, co robi Pan Od Socjologii lepiej nie będę pisać :)
Poza tym udało mi się nakłonić landlorda do pomalowania mojego pokoju (taka jestem samodzielna i się wyprowadziłam, a pokój jest en suite- kobieta luksusowa :)), prezenty gwiazdkowe mam właściwie zrobione i już za 2 tygodnie będę w domu., British Gas o mnie pamięta, a i inne opcje krążą w powietrzu więc nie zaprzestawajcie trzymania kciuków...
Powinnam w zasadzie być szczęśliwa, nie? No i szczerze cieszę się, tym, co mam i potrafię nie chcieć tego, czego mieć nie mogę tylko... Właśnie.
Były fajerwerki wiecie? Takie, że zapomniałam pokazać biletu jak wsiadłam do autobusu, nastawiłam budzik na 4 rano, żeby wysłać pożegnalnego smsa..., nie mogłam się na niczym skupić i nie jadłam. Już raz tak miałam, nie sądziłam, że może się powtórzyć i uwierzyłam na nowo... Trusting moron. Taka stara a taka głupia. Should have known better. Fajerwerki widziałam tylko ja. Na pamiatkę została mi South African head cover (ja i coś na głowie...), kilka maili i poczucie, że nie jestem wystarczająco dobra. Taka ze mnie feministka- oczywiście WIEM, to nie facet determinuje moją wartość. WIEM, i co z tego? Tak po prostu, po babsku tęsknię, ale dzielna jestem, zachowałam klasę i zimną krew i dalej zachowuję. I dalej mi szkoda. I dalej mi przykro. To co? B&B (bed and baileys)? Na to wygląda... Nauczę się kiedyś wybierać tych dobrych, oddanych i kochających zamiast drani? Tylko, że miałam powody, żeby myśleć, że jest dobry, oddany i kochający. Trusting moron. B&B raz...
- BMM w nieustającym kontakcie
- Rezydent sam z siebie pisze smsy
- Pierwsza Wielka Miłość się przeprowadziła 20 min. od Edynburga
- adoratorów obecnie posiadam trzech
Tak było jeszcze 2 tygodnie temu. Teraz natomiast...
-BMM nie odbiera telefonów, bo oczywiście wtopił (a ja jestem trusting moron i chyba w życiu się nie nauczę na własnych błędach...) i się boi;
-1/3 adoratorów się wymieniła, u reszty jestem coraz wyżej w rankingach (np. przez fakt, że mam absolutnie fenomenalne, czerwone buty). Jeden się upiera, żeby minie koniecznie nakarmić (no oczywiście, w końcu ja taka zabiedzona jestem), drugi dba, żebym się nie zgubiła oraz dba, o to, żebym była doskonale poinformowana o WSZYSTKIM. Ciekawe, co wymyśli trzeci...
- Pierwsza Wielka Miłość zdążyła mnie już odwiedzić, zadzwonić x razy "bo się nie odzywasz i na necie cię nie ma" oraz umówić na kolejne odwiedziny;
-Rezydent nie tylko pisze, ale i dzwoni SAM Z SIEBIE
- o tym, co robi Pan Od Socjologii lepiej nie będę pisać :)
Poza tym udało mi się nakłonić landlorda do pomalowania mojego pokoju (taka jestem samodzielna i się wyprowadziłam, a pokój jest en suite- kobieta luksusowa :)), prezenty gwiazdkowe mam właściwie zrobione i już za 2 tygodnie będę w domu., British Gas o mnie pamięta, a i inne opcje krążą w powietrzu więc nie zaprzestawajcie trzymania kciuków...
Powinnam w zasadzie być szczęśliwa, nie? No i szczerze cieszę się, tym, co mam i potrafię nie chcieć tego, czego mieć nie mogę tylko... Właśnie.
Były fajerwerki wiecie? Takie, że zapomniałam pokazać biletu jak wsiadłam do autobusu, nastawiłam budzik na 4 rano, żeby wysłać pożegnalnego smsa..., nie mogłam się na niczym skupić i nie jadłam. Już raz tak miałam, nie sądziłam, że może się powtórzyć i uwierzyłam na nowo... Trusting moron. Taka stara a taka głupia. Should have known better. Fajerwerki widziałam tylko ja. Na pamiatkę została mi South African head cover (ja i coś na głowie...), kilka maili i poczucie, że nie jestem wystarczająco dobra. Taka ze mnie feministka- oczywiście WIEM, to nie facet determinuje moją wartość. WIEM, i co z tego? Tak po prostu, po babsku tęsknię, ale dzielna jestem, zachowałam klasę i zimną krew i dalej zachowuję. I dalej mi szkoda. I dalej mi przykro. To co? B&B (bed and baileys)? Na to wygląda... Nauczę się kiedyś wybierać tych dobrych, oddanych i kochających zamiast drani? Tylko, że miałam powody, żeby myśleć, że jest dobry, oddany i kochający. Trusting moron. B&B raz...
Saturday, October 4
Pozytywy/Negatywy
1. Kobieta Tajemna zarekomendowała mnie i dostałam pracę wakacyjną. Dzięki temu mam konto w banku i czym zapłacić za czynsz.
2. Chwilowo mam gdzie mieszkać. A mieszkanie jest słoneczne (o ile słońce świeci, a ostatnio było go dużo. Wyżowe, oślepiające i zimne. Piękne.), blisko morza, autobusów i sklepów. Będzie mi go brakować.
3. Jestem zdrowa.
4. Będę studiować. Z 19 latkami w grupie, ale co tam. Mili są, sympatyczni też.
5. Mogę się cieszyć długimi porankami, bo "szkołę" zaczynam dopiero na 11 (co za filozof wymyślił rozwalenie 12h na 4 dni uniemożliwiając mi pracę na pełen etat, gratulacje, szczere).
6. Byłam na wakacjach. Wyspy Kanaryjskie są zaskakująco "nietropikalne" i bardzo turystyczne. Pierwszy raz absolutnie sama na wakacjach- całkowita niezależność, dużo czasu na myślenie, czytanie i pławienie się w słońcu. Nie wytrzymałabym tam dłużej niż 7 dni. No chyba, że w towarzystwie. Najlepiej kierowcy, żeby więcej pozwiedzać. Następnym razem chciałabym na Malediwy, ale to jak już będę bardzo bogata. I bardzo, przynajmniej chwilowo, nie-singlem.
7. Edynburg zachwyca niesutannie. I śmialo już się po nim sama poruszam. Jeszcze utartymi ścieżkami, ale coraz częściej z nich zbaczam.
Negatywy są 2:
powinnam wynieść się stąd jak najszybciej, ale nie ma pracy, wiec nie mam nawet jak szukać mieszkania. Strasznie jest być bezrobotnym. Chciałabym, żeby to się zmieniło. Szukam, piszę, wysyłam, chodzę. A przerażająca rzeczywistość jest taka, że jeśli nie w zawodzie, to pozostaje mi raczej tylko sprzątanie, albo praca w sklepie. Żadna nie hańbi, wezmę każdą, ale te dwie opcje zostawiam już na ostatek. Trzymajcie więc za mnie kciuki. Mocno, dobra?
2. Chwilowo mam gdzie mieszkać. A mieszkanie jest słoneczne (o ile słońce świeci, a ostatnio było go dużo. Wyżowe, oślepiające i zimne. Piękne.), blisko morza, autobusów i sklepów. Będzie mi go brakować.
3. Jestem zdrowa.
4. Będę studiować. Z 19 latkami w grupie, ale co tam. Mili są, sympatyczni też.
5. Mogę się cieszyć długimi porankami, bo "szkołę" zaczynam dopiero na 11 (co za filozof wymyślił rozwalenie 12h na 4 dni uniemożliwiając mi pracę na pełen etat, gratulacje, szczere).
6. Byłam na wakacjach. Wyspy Kanaryjskie są zaskakująco "nietropikalne" i bardzo turystyczne. Pierwszy raz absolutnie sama na wakacjach- całkowita niezależność, dużo czasu na myślenie, czytanie i pławienie się w słońcu. Nie wytrzymałabym tam dłużej niż 7 dni. No chyba, że w towarzystwie. Najlepiej kierowcy, żeby więcej pozwiedzać. Następnym razem chciałabym na Malediwy, ale to jak już będę bardzo bogata. I bardzo, przynajmniej chwilowo, nie-singlem.
7. Edynburg zachwyca niesutannie. I śmialo już się po nim sama poruszam. Jeszcze utartymi ścieżkami, ale coraz częściej z nich zbaczam.
Negatywy są 2:
powinnam wynieść się stąd jak najszybciej, ale nie ma pracy, wiec nie mam nawet jak szukać mieszkania. Strasznie jest być bezrobotnym. Chciałabym, żeby to się zmieniło. Szukam, piszę, wysyłam, chodzę. A przerażająca rzeczywistość jest taka, że jeśli nie w zawodzie, to pozostaje mi raczej tylko sprzątanie, albo praca w sklepie. Żadna nie hańbi, wezmę każdą, ale te dwie opcje zostawiam już na ostatek. Trzymajcie więc za mnie kciuki. Mocno, dobra?
Nieustające zdziwienie
Pierwsze zachowaniem Rezydenta. Pomimo moich próśb i wyraźnego wyartykułowania, że bardzo potrzebuję jego obecności w ostatnim tygodniu pobytu w domu, wybywał sobie tam gdzie łatwiej i przyjemniej. Teraz wiem, że to była ucieczka przed nową, niestabilną rzeczywistością. Wtedy miałam nieskończony żal o to. Żal pozostał, tak jak uczucie, że w końcu i tak ze wszystkim człowiek zostaje sam. Ileż razy to już tu pisałam. I ile razy zdążyłam się o tym przekonać odkąd tu przyjechałam. Pozytywne zdziwienie Rezydentem też jest- refleksja go naszła, że może powinien był inaczej i UWAGA przyznał się, że było mu dobrze i, że tęskni. The world IS going crazy...
Kolejne tym jak bardzo mylnie może być interpretowane moje zachowanie. Bycie miłym i uczynnym dla innych ma przecież ukrytą intencję chęci bycia dostrzeżonym, docenionym i w ogóle wszystko robione jest pod publikę. Bardzo gorzka pigułka. Była jeszcze jedna, ale jej nawet opisać nie potrafię. Pomaga bieganie nad morze. Najpierw płaczę na brzegu- z bezsilności, poczucia niesprawiedliwości, niezrozumienia i niemocy. Szum morza uspokaja, nabieram perspektywy. Wracam, staram się dalej, uśmiecham się i tylko myśl, że to wszystko i tak może być użyte przeciwko mnie. Tylko że, ja nie potrafię inaczej. Wtedy postępowałbym wbrew sobie. Wtedy życie byłoby niemożliwe.
I właśnie wtedy przychodzi wiadomość jedna, druga i kolejna. Że jest ktoś, kto tęskni, kto czeka, komu brakuje. Takich ktosiów jest kilku. I to też jest zdumiewające.
Przerażająco zaskakujące jest też zachowanie BMMa, któremu wydaje się, że będzie tak jak kiedyś. Nie będzie. Nie dam się.
Przerażająco zaskakujące jest też to, jak bardzo bezbronna czuję się w tych wszystkich sytuacjach.
Było jeszcze zdumienie jak bardzo niezorganizowane jest przyjecie na studia, jak proste i nieskomplikowane jednak się okazało, i jak bardzo cieszy. Motywacja w dalszym ciągu 100%.
Kolejne tym jak bardzo mylnie może być interpretowane moje zachowanie. Bycie miłym i uczynnym dla innych ma przecież ukrytą intencję chęci bycia dostrzeżonym, docenionym i w ogóle wszystko robione jest pod publikę. Bardzo gorzka pigułka. Była jeszcze jedna, ale jej nawet opisać nie potrafię. Pomaga bieganie nad morze. Najpierw płaczę na brzegu- z bezsilności, poczucia niesprawiedliwości, niezrozumienia i niemocy. Szum morza uspokaja, nabieram perspektywy. Wracam, staram się dalej, uśmiecham się i tylko myśl, że to wszystko i tak może być użyte przeciwko mnie. Tylko że, ja nie potrafię inaczej. Wtedy postępowałbym wbrew sobie. Wtedy życie byłoby niemożliwe.
I właśnie wtedy przychodzi wiadomość jedna, druga i kolejna. Że jest ktoś, kto tęskni, kto czeka, komu brakuje. Takich ktosiów jest kilku. I to też jest zdumiewające.
Przerażająco zaskakujące jest też zachowanie BMMa, któremu wydaje się, że będzie tak jak kiedyś. Nie będzie. Nie dam się.
Przerażająco zaskakujące jest też to, jak bardzo bezbronna czuję się w tych wszystkich sytuacjach.
Było jeszcze zdumienie jak bardzo niezorganizowane jest przyjecie na studia, jak proste i nieskomplikowane jednak się okazało, i jak bardzo cieszy. Motywacja w dalszym ciągu 100%.
Tuesday, September 2
Pandemonium
zapanowało od tego momentu. Bo przecież trzeba:
- wynająć mieszkanie,
- spakować wszystko, co do spakowania i zabrania, a reszta do Barboniów,
- zakończyć współpracę z Firmą
- zawiesić współpracę z LO
- zaplanować i przeprowadzić imprezę pożegnalną
- dodatkowo pożegnać wszystkich Kochanych Ludzi
- skończyć załatwiać kredyt
- zaszczepić Milkę i zdecydować, czy zabranie jej to dla niej rzeczywiście taka dobra decyzja (nie podjęłam jej do tej pory)
- wyprowadzić Rezydenta
- znaleźć kasę na wyjazd, bo kredyt nie został wypłacony w całości
- napisać personal note wyjaśniając dlaczego chcę studiować, to, co chcę studiować.
I wiecie co? Udało się. Z przeszkodami a jakże:
- w Firmie pracowałam CODZIENNIE z wyjątkiem dnia tuż przed wyjazdem (a plan był, że będę się pakować, HAHAHA). Zostałam za to pożegnana z kwiatami. SZOK. Szok przeżyła też menagerka, kiedy okazało się, że "zabieram ze sobą" 2 najlepsze osoby, a całe mnóstwo innych też odchodzi.
- do wypłaty kredytu upoważniłam Człowieka Doskonałego, który zapadl na jakas tajemniczą przypadłość i leżał w szpitalu 4 tygodnie, w dodatku mając wyrzuty sumienia, że mi nie pomaga, jak obiecał. Na szczęście wyzdrowiał już, a wypłatę kredytu załatwiłam po prostu przyjeżdżając na 4 dni.
- personal note napisałam właściwie w ostatnim momencie, ale za to nie mogłam jej wysłać, bo strona uniwersytetu nie działała.
Bez przeszkód udało się:
- zorganizować Hawajską Imprezę Pożegnalną (jakie piękne zaproszenia były, kto był ten wie :) z lekcją salsy przeprowadzoną przez Kobietę Żywiołową
- pożegnać dodatkowo wszystkich Kochanych Ludzi, bez przeszkód, ale ze smutkiem. Z nadzieją też, że zobaczymy się wkrótce.
- wynająć mieszkanie- absolutnie bez trudu 4 bardzo porządnym dziewczynom :)
- wyprowadzić siebie i Rezydenta. Wszelkie "pamiątki" po znajomościach wszelakich, w tym listy miłosne od BMMa zostały bez pardonu unicestwione. Szokujące, ale bardzo oczyszczające uczucie.
Pakowanie poszło w miarę gładko dzięki wydatnej pomocy Barboniów i Rezydenta. Zapakowanie walizek zdecydowanie gorzej. Jak zmieścić 32 lata życia w 26 i 13 kg? Zmieściłam, reszta zostanie dosłana. I tak oto 30.06.2008 wyruszyłyśmy. Wtedy napisałabym, że ku nowej przygodzie, a teraz napiszę tylko, że wyruszyłyśmy.
- wynająć mieszkanie,
- spakować wszystko, co do spakowania i zabrania, a reszta do Barboniów,
- zakończyć współpracę z Firmą
- zawiesić współpracę z LO
- zaplanować i przeprowadzić imprezę pożegnalną
- dodatkowo pożegnać wszystkich Kochanych Ludzi
- skończyć załatwiać kredyt
- zaszczepić Milkę i zdecydować, czy zabranie jej to dla niej rzeczywiście taka dobra decyzja (nie podjęłam jej do tej pory)
- wyprowadzić Rezydenta
- znaleźć kasę na wyjazd, bo kredyt nie został wypłacony w całości
- napisać personal note wyjaśniając dlaczego chcę studiować, to, co chcę studiować.
I wiecie co? Udało się. Z przeszkodami a jakże:
- w Firmie pracowałam CODZIENNIE z wyjątkiem dnia tuż przed wyjazdem (a plan był, że będę się pakować, HAHAHA). Zostałam za to pożegnana z kwiatami. SZOK. Szok przeżyła też menagerka, kiedy okazało się, że "zabieram ze sobą" 2 najlepsze osoby, a całe mnóstwo innych też odchodzi.
- do wypłaty kredytu upoważniłam Człowieka Doskonałego, który zapadl na jakas tajemniczą przypadłość i leżał w szpitalu 4 tygodnie, w dodatku mając wyrzuty sumienia, że mi nie pomaga, jak obiecał. Na szczęście wyzdrowiał już, a wypłatę kredytu załatwiłam po prostu przyjeżdżając na 4 dni.
- personal note napisałam właściwie w ostatnim momencie, ale za to nie mogłam jej wysłać, bo strona uniwersytetu nie działała.
Bez przeszkód udało się:
- zorganizować Hawajską Imprezę Pożegnalną (jakie piękne zaproszenia były, kto był ten wie :) z lekcją salsy przeprowadzoną przez Kobietę Żywiołową
- pożegnać dodatkowo wszystkich Kochanych Ludzi, bez przeszkód, ale ze smutkiem. Z nadzieją też, że zobaczymy się wkrótce.
- wynająć mieszkanie- absolutnie bez trudu 4 bardzo porządnym dziewczynom :)
- wyprowadzić siebie i Rezydenta. Wszelkie "pamiątki" po znajomościach wszelakich, w tym listy miłosne od BMMa zostały bez pardonu unicestwione. Szokujące, ale bardzo oczyszczające uczucie.
Pakowanie poszło w miarę gładko dzięki wydatnej pomocy Barboniów i Rezydenta. Zapakowanie walizek zdecydowanie gorzej. Jak zmieścić 32 lata życia w 26 i 13 kg? Zmieściłam, reszta zostanie dosłana. I tak oto 30.06.2008 wyruszyłyśmy. Wtedy napisałabym, że ku nowej przygodzie, a teraz napiszę tylko, że wyruszyłyśmy.
Friday, August 8
Moje miejsce na ziemi
Po jeździe przez 1,5h z prędkością bagatela 160 km/h w deszczu, kiedy to BMM puszczał kierownicę bo MUSIAŁ sobie ustawić GPS i okrążeniu St Andrew Square x razy, bo Edynburg jak każde szanujące się miasto na świecie jest całkowicie i dokumentnie rozkopany, w końcu dotarłam do hostelu. O świcie słońca notabene. Oczywiście nie bylabym sobą, gdybym nie napiła się herbaty przed snem. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zapomniała zabrać i tym czymś BYŁA własnie herbata. Poratowała mnie Kobieta Nadmorska, która towarzyszyła mi bardzo dzielnie, a właściwie to ja towarzyszyłam jej z całych sił. Taka karma :) Kiedy, po zdecydowanie za krótkim śnie, "poszłyśmy w miasto", natychmiast się w nim zakochałam. Pierwszy raz w życiu zakochałam się w mieście. Jest przepiękne, zaskakujące i zachwycające.
Oczywiście przyjechałyśmy tam w bardzo zbożnym celu- znalezienia mieszkania. Kobieta Nadmorska spędziła wiele żmudnych godzin przeprowadzając poszukiwania internetowe, więc sprawę miałyśmy bardzo uproszczoną. No i oczywiście stanęło na tym jednym jedynym wybranym już we Wrocławiu, bo: ładne, przestronne, jasne, ciepłe, blisko morza, blisko sklepów i stosunkowo tanie (kolejność przypadkowa :)) Szkoda, że nie moje. Ale to zupełnie inna histora. I nie, nie zostanie opowiedziana. Może kiedyś.
Skoro "gniazdko" zostało znalezione już w piątek. Całą sobotę mogłyśmy poświęcić na snucie się po mieście i podziwianie. No do pewnego momentu, bo potem zjawił się (umówiony wczesniej, a jakże) BMM z Ówczesnym Partnerem i zabrał nas na obiad do chinskiej knajpy, a potem do siebie, bo tam miałyśmy spać. Nie wiedzialam tylko, że bedziemy spać w ICH łóżku. Czy komukolwiek innemu mogloby się to przytrafić? W świetle tego, co wydarzyło się w ciągu tego weekendu niedziela była całkowicie bezbarwna i niegodna opowieści. No może tylko, że Dobrym Panem No 4 okazał się landlord, bo odwiózł nas na lotnisko do Glasgow. I od tego momentu wiadmo już było na pewno, że wracamy do Edynburga 30 czerwca.
Oczywiście przyjechałyśmy tam w bardzo zbożnym celu- znalezienia mieszkania. Kobieta Nadmorska spędziła wiele żmudnych godzin przeprowadzając poszukiwania internetowe, więc sprawę miałyśmy bardzo uproszczoną. No i oczywiście stanęło na tym jednym jedynym wybranym już we Wrocławiu, bo: ładne, przestronne, jasne, ciepłe, blisko morza, blisko sklepów i stosunkowo tanie (kolejność przypadkowa :)) Szkoda, że nie moje. Ale to zupełnie inna histora. I nie, nie zostanie opowiedziana. Może kiedyś.
Skoro "gniazdko" zostało znalezione już w piątek. Całą sobotę mogłyśmy poświęcić na snucie się po mieście i podziwianie. No do pewnego momentu, bo potem zjawił się (umówiony wczesniej, a jakże) BMM z Ówczesnym Partnerem i zabrał nas na obiad do chinskiej knajpy, a potem do siebie, bo tam miałyśmy spać. Nie wiedzialam tylko, że bedziemy spać w ICH łóżku. Czy komukolwiek innemu mogloby się to przytrafić? W świetle tego, co wydarzyło się w ciągu tego weekendu niedziela była całkowicie bezbarwna i niegodna opowieści. No może tylko, że Dobrym Panem No 4 okazał się landlord, bo odwiózł nas na lotnisko do Glasgow. I od tego momentu wiadmo już było na pewno, że wracamy do Edynburga 30 czerwca.
Friday, May 30
Against all odds
W czwartek podjęta została decyzja, że trzeba pojechać i dokładnie tydzień potem siedziałam w pociągu do Poznania, z którego to miasta miałam samolot do Edynburga. Barbonie stwierdziły, ze pociągiem lepiej, z powodu procesji, które opanowują ulice i drogi naszego kraju w ten dzień. Mieli absolutna rację, choć blokada trasy przydarzyła się już w samym Poznaniu. Jednak Miły Pan nr 1. (jak można się domyślić było ich tego dnia więcej), notabene kierowca autobusu wiozącego mnie na lotnisko, zatrzymał kolegę jadącego dokładnie w tym kierunku, który jednak w odróżnieniu od Miłego Pana nr 1 nie musiał zatrzymać się na pobliskim przystanku. Odetchnęłam z ulgą, mimo, że zapas czasu do odlotu był spory. Dojechałam i okazało się, że lot jest opóźniony. Bagatela o jakieś 2h. Od nudy uratował mnie laptop, nieograniczona ilość kuponów z hasłem dostępu do internetu dostarczana przez panią z Coffee Heaven oraz truskawkowo-waniliowa herbata tamże. Lot przespałam jak zwykle. Glasgow przywitało mnie ulewnym deszczem, brakiem możliwości dostania się do centrum (z którego autobusem miałam jechać do Edynburga) oraz Miłym Panem
nr 2, który
- w mig zorganizował 4 osoby do "szemranej" taksówki, która zawiozła nas do "serca" Glasgow.
- zaoferował przenocowanie u siebie, bo
poczekalnia na dworcu autobusowym była zamknięta,
autobus najwcześniej za 4,5h,
- dał namiar na tani hostel
- zadzwonił tam, żeby dowiedzieć się, czy mają miejsca
- dopilnował, żeby najlepszy pokój został przygotowany
Miłym Panem nr 3 okazał się BMM, który porzucił pracę na jakiś czas, żeby mnie odebrać z Glasgow i dowieźć cało i zdrowo do Edynburga. Uwinął się w jakąś godzinę, przez którą to snułam się po głównych arteriach miasta w poszukiwaniu lokalu, w którym mogłabym usiąść i napić się herbaty. Lokalu nie znalazłam, usłyszałam za to kibolskie śpiewy i pomimo strachu podążałam w i kierunku (do centrum tak, w centrum są lokale, tak?) zobaczyłam jednak to:
tak, nie mylicie się, to jest kolejka ok 60 ewidentnie pijanych osób czekających na surprise surprise TAKSÓWKI. Tego nawet u nas za komuny nie było. Wróciłam na dworzec autobusowy, zdążyłam zjeść bułę jeszcze z Polski, popić ja herbata kupioną z automatu, przyjechał BMM i pomknęliśmy do Edynburga. Glasgow zostało zaś przechrzczone na Nevergo. CDN
Thursday, April 10
Bo w tym caly jest ambaras, żeby dwoje chcialo na raz...
ON: chcesz, żebym został? Potrzebujesz mojej obecności?
ONA: nie wiem (wiem doskonale, chce zobaczyć co zrobisz)
ON: będę w poniedziałek
ONA: oczywiście, wybrałeś, to co łatwiejsze, przyjemniejsze i niczego nie wymaga.
ON: przecież pytałem czy mam zostać
ONA: a ja chciałam zobaczyć co CHCESZ zrobić i tak, jest mi przykro, że to nie mnie wybrałeś.
ON: sama sobie robisz przykrość- pomyślałaś, że gdybyś mi powiedziała, że mam zostać, to ja chcialbym zostać?
ONA: ale nie zostałeś. Nie chciałam, żebyś zrobił, to, o co poproszę, tylko to co chcesz. I zrobiłeś.
Czy tylko ja mam wrażenie, że tych dwoje mówi o zupełnie innych rzeczach?
ONA: nie wiem (wiem doskonale, chce zobaczyć co zrobisz)
ON: będę w poniedziałek
ONA: oczywiście, wybrałeś, to co łatwiejsze, przyjemniejsze i niczego nie wymaga.
ON: przecież pytałem czy mam zostać
ONA: a ja chciałam zobaczyć co CHCESZ zrobić i tak, jest mi przykro, że to nie mnie wybrałeś.
ON: sama sobie robisz przykrość- pomyślałaś, że gdybyś mi powiedziała, że mam zostać, to ja chcialbym zostać?
ONA: ale nie zostałeś. Nie chciałam, żebyś zrobił, to, o co poproszę, tylko to co chcesz. I zrobiłeś.
Czy tylko ja mam wrażenie, że tych dwoje mówi o zupełnie innych rzeczach?
Sunday, April 6
Everywhere you go always take the weather with you
Czy to znaczy, że nastrój mi się poprawił? Owszem, nieznacznie. Nie jest to już bezdenna rozpacz i dno otchłani, nie budzę się z płaczem i nie zasypiam z nim. Trwam. Ludziowstręt nadal pozostał i są tylko 4 osoby, których towarzystwo nie jest dla mnie męczące, przy których nie muszę zakładać maski. Kiedyś było ich więcej. Jednak rzeczywistość sama zweryfikowała ilość na rzecz jakości.
I aż sama nie mogę uwierzyć, w to, że udaje mi się nawet myśleć. I na ten przykład wymyśliłam, że ostatnie dni to był mega sprawdzian przyjaźni i znów ktoś go musiał oblać. Wymyśliłam też, że przecież nie mam prawa niczego wymagać od nikogo poza sobą samą. Chcę to daję, nie chcę, to nie daję i nie mogę sądzić, że ktoś postąpi tak samo jak ja. Nie postąpi, bo nie jest mną. Skoro jestem taka mądra, to dlaczego owe przemyślenia wciąż pozostają tylko teorią? Gdzie praktyka? Nie ma, może kiedyś będzie.
Wymyśliłam też, że ludzie sami sobie narzucają idiotyczne ograniczenia (dawno to już wymyśliłam) i boją się postępować tak jak w danej chwili czują, bo co inni na to? A co innym do tego? I co z tego, że wymyśliłam. Ba stosowałam się nawet. W końcu lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało. I wiecie co? Sparzyłam się. I teraz też zastanawiam się jak to będzie wyglądało, co ktoś sobie pomyśli. Na szczęście tylko w stosunku do tych, do których się pomyliłam. I na szczęście dalej jest więcej tych, w stosunku do których mogę być bardziej spontaniczna niż ostrożna. Wymyśliłam też, że narzucamy sobie ograniczenia co do tego, jak żyć, gdzie, co robić. I smutno mi, że ludzie rezygnują z możliwości innego życia przez konwenanse właśnie, uważając, że coś już nie dla nich, że pewna droga się zamknęła. NIEPRAWDA. Trzeba tylko chcieć i wierzyć. Tylko i aż. I wiem jakie to trudne, gdy cały świat się sypie na głowę. ALE DA SIĘ i jestem tego najlepszym przykładem. I dalej jestem święcie przekonana, że wszystko, nawet to, co najgorsze nas w życiu spotyka dzieje się po coś. Dopiero po 2 latach od rozwodu wiem dlaczego musiało do niego dojść (no poza przyczynami "obiektywnymi", ale gdyby ich nie było, trwałabym w tym związku i była nieszczęśliwa jak nie wiem co. A tak? WSZYSTKO przede mną). Boję się tylko, że mamą nie zdążę być.
I aż sama nie mogę uwierzyć, w to, że udaje mi się nawet myśleć. I na ten przykład wymyśliłam, że ostatnie dni to był mega sprawdzian przyjaźni i znów ktoś go musiał oblać. Wymyśliłam też, że przecież nie mam prawa niczego wymagać od nikogo poza sobą samą. Chcę to daję, nie chcę, to nie daję i nie mogę sądzić, że ktoś postąpi tak samo jak ja. Nie postąpi, bo nie jest mną. Skoro jestem taka mądra, to dlaczego owe przemyślenia wciąż pozostają tylko teorią? Gdzie praktyka? Nie ma, może kiedyś będzie.
Wymyśliłam też, że ludzie sami sobie narzucają idiotyczne ograniczenia (dawno to już wymyśliłam) i boją się postępować tak jak w danej chwili czują, bo co inni na to? A co innym do tego? I co z tego, że wymyśliłam. Ba stosowałam się nawet. W końcu lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało. I wiecie co? Sparzyłam się. I teraz też zastanawiam się jak to będzie wyglądało, co ktoś sobie pomyśli. Na szczęście tylko w stosunku do tych, do których się pomyliłam. I na szczęście dalej jest więcej tych, w stosunku do których mogę być bardziej spontaniczna niż ostrożna. Wymyśliłam też, że narzucamy sobie ograniczenia co do tego, jak żyć, gdzie, co robić. I smutno mi, że ludzie rezygnują z możliwości innego życia przez konwenanse właśnie, uważając, że coś już nie dla nich, że pewna droga się zamknęła. NIEPRAWDA. Trzeba tylko chcieć i wierzyć. Tylko i aż. I wiem jakie to trudne, gdy cały świat się sypie na głowę. ALE DA SIĘ i jestem tego najlepszym przykładem. I dalej jestem święcie przekonana, że wszystko, nawet to, co najgorsze nas w życiu spotyka dzieje się po coś. Dopiero po 2 latach od rozwodu wiem dlaczego musiało do niego dojść (no poza przyczynami "obiektywnymi", ale gdyby ich nie było, trwałabym w tym związku i była nieszczęśliwa jak nie wiem co. A tak? WSZYSTKO przede mną). Boję się tylko, że mamą nie zdążę być.
Saturday, April 5
True colours
Today's episode is sponsored by the following colours: blue and red. Blue is my soul and I was red with rage.
W ramach walki w ponurym nastrojem poszłam do kina. Wyciągnęłam też Rezydenta. No Country for Old Men. Wystarczy zobaczyć raz. Głębi nie ma, aktorstwo smętne, muzyki brak, ratuje go tylko trochę akcja. Nastroju nie poprawia.
Do domu wróciłam prawie biegiem, mając gdzieś czy wpadnę pod samochód czy nie, czy Rezydent nadąża za mną czy nie, czy widzę coś przez łzy czy nie. Wystarczyło jedno zadanie, pozornie niewinne, a ja w ryk. Nie mam siły, nie mam chęci, nie mam pozytywnego myślenia, nie obchodzi mnie czy jestem sprawiedliwa czy nie. Nie daję rady skupić się na nikim innym poza sobą. Tak jak teraz było tylko raz. Wtedy też chciałam przestać istnieć. Wtedy katastrofa życiowa. Teraz "tylko" kumulacja stresu.
Są wokół kochani ludzie, którzy myślą, dbają, trwają. Jest też ktoś, kto jeśli nie powie się wyraźnie zostań, pójdzie tam gdzie łatwiej, wygodniej i przyjemniej. I boli, że to nie ja zostałam wybrana. At least I know where I'm standing.
Czytałam artykuł o pozytywnych emocjach, żeby cieszyć się tym co jest, a nie zamartwiać tym czego nie ma. Cieszyć, że ktoś chce ze mną spędzać czas, a nie rozpamiętywać, że ktoś inny nie. Nie umiem, staram się nauczyć, ale teraz nawet nie chce mi się próbować.
Wiem, że to przejdzie. Potrzeba czasu, rozwiązania pewnych spraw, które są poza mną. Daję sobie ten czas, daję przyzwolenie na każde zachowanie. Żeby przetrwać i nie dusić tego wszystkiego w sobie.
Zyskuje mieszkanie, bo z braku możności koncentracji na pracy wysprzątałam je dziś całe sama.
W ramach walki w ponurym nastrojem poszłam do kina. Wyciągnęłam też Rezydenta. No Country for Old Men. Wystarczy zobaczyć raz. Głębi nie ma, aktorstwo smętne, muzyki brak, ratuje go tylko trochę akcja. Nastroju nie poprawia.
Do domu wróciłam prawie biegiem, mając gdzieś czy wpadnę pod samochód czy nie, czy Rezydent nadąża za mną czy nie, czy widzę coś przez łzy czy nie. Wystarczyło jedno zadanie, pozornie niewinne, a ja w ryk. Nie mam siły, nie mam chęci, nie mam pozytywnego myślenia, nie obchodzi mnie czy jestem sprawiedliwa czy nie. Nie daję rady skupić się na nikim innym poza sobą. Tak jak teraz było tylko raz. Wtedy też chciałam przestać istnieć. Wtedy katastrofa życiowa. Teraz "tylko" kumulacja stresu.
Są wokół kochani ludzie, którzy myślą, dbają, trwają. Jest też ktoś, kto jeśli nie powie się wyraźnie zostań, pójdzie tam gdzie łatwiej, wygodniej i przyjemniej. I boli, że to nie ja zostałam wybrana. At least I know where I'm standing.
Czytałam artykuł o pozytywnych emocjach, żeby cieszyć się tym co jest, a nie zamartwiać tym czego nie ma. Cieszyć, że ktoś chce ze mną spędzać czas, a nie rozpamiętywać, że ktoś inny nie. Nie umiem, staram się nauczyć, ale teraz nawet nie chce mi się próbować.
Wiem, że to przejdzie. Potrzeba czasu, rozwiązania pewnych spraw, które są poza mną. Daję sobie ten czas, daję przyzwolenie na każde zachowanie. Żeby przetrwać i nie dusić tego wszystkiego w sobie.
Zyskuje mieszkanie, bo z braku możności koncentracji na pracy wysprzątałam je dziś całe sama.
Wednesday, April 2
Jest taki dzień kiedy
jest mi źle.
Powodu niby nie ma: zdrowa, z pracą, względnie młoda, ludzie nie spluwają na mój widok (a jeśli nawet, to i tak robią to tak, że tego nie widzę)
Dziś, chciałabym móc się wycofać, stanąć z boku i powiedzieć: to ty sobie życie płyń, a ja poczekam, odpocznę, ktos inny popodejmuje za mnie decyzje.
Nie mam już siły
Tylko kogo to obchodzi?
Dlaczego ja mam zawsze być tą dzielną i dająca sobie radę?
Efekt jest taki, że ponoć "chcę wszystko kontrolować"- wcale nie chcę, jaki mam inny wybór?
Idę sobie popłakać. Dobrze, że Rezydent rezyduje dziś u miotły. Dziś nie będę musiała nikomu nic tlumaczyć, a jutro... jutro znów będę dzielna.
I mam nadzieję, że dzisiejszy nastrój to wina PMSa.
Powodu niby nie ma: zdrowa, z pracą, względnie młoda, ludzie nie spluwają na mój widok (a jeśli nawet, to i tak robią to tak, że tego nie widzę)
Dziś, chciałabym móc się wycofać, stanąć z boku i powiedzieć: to ty sobie życie płyń, a ja poczekam, odpocznę, ktos inny popodejmuje za mnie decyzje.
Nie mam już siły
Tylko kogo to obchodzi?
Dlaczego ja mam zawsze być tą dzielną i dająca sobie radę?
Efekt jest taki, że ponoć "chcę wszystko kontrolować"- wcale nie chcę, jaki mam inny wybór?
Idę sobie popłakać. Dobrze, że Rezydent rezyduje dziś u miotły. Dziś nie będę musiała nikomu nic tlumaczyć, a jutro... jutro znów będę dzielna.
I mam nadzieję, że dzisiejszy nastrój to wina PMSa.
Friday, March 21
Miesiąc temu byłam królową...
...a potem wróciłam z Londynu. Nie mogę uwierzyć, że to już miesiąc. Mam wrażenie, że im starsza jestem tym szybciej upływa mi czas. A Londyn był absolutnie fenomenalny i to pod każdym względem.
Pogoda cudowna- generalnie ciepło, no wieczorami lodowato, ale co tam.
Towarzystwo cudowne- Zwariowana Kuzynka traktujaca mnie jak królewnę co najmniej, dbająca o dosłownie wszystko od dogrzewania w pokoju, żebym nie zmarzła, przez dogadzanie kulinarne po metafizyczne rozmowy zakończone naszym placzem.
Przewodników po Londynie miałam, że hoho. Niczym nie musiałam sie martwić- ani transportem, ani tym, co zobaczyć, ani jak tam trafić. A widziałam wszystko chyba (Londyn mam w nogach tak samo jak Nowy York) od oczywiście turystycznego centrum, przez ciche i pastelowe Notting Hill (z jedynym chyba na świecie domem pomalowanym w kropki), Camden Town z dzikim tłumem ludzi, straganów kiczu i oszałamiajacych zapachów orientalnego jedzenia, po Greenwich z zimnym przenikliwym wiatrem, spacerem tunelem POD Tamizą i kolejką bezobslugową wiodącą na londyńskie wyspy kanaryjskie. Było też Primorose Hill z tak bajecznym światłem, że czułam się tak błogo, jakbym istniała w świecie równoległym i żadne troski tego świata mnie nie dotyczyły. No i nie można zapomnieć o wycieczce na cmetarz, który jak już do niego dotarłyśmy był oczywiście zamknięty, a pierwszą rzeczą, jaka zauważylam na ogrodzeniu była informacja, że to miejsce niebezpieczne i należy się trzymać od niego z daleka. Czy muszę wspominać, że było ciemno, a na ulicy ani zywej duszy 9martwych jak mniemam azż nadto tuż za ogrodzeniem).
Podróżowanie po Londynie jest rzeczywiscie mega łatwe, jak już się człowiek zorientuje co i jak z koleją, metrem, autobusami itp (no i jak ma obok siebie dwie super-hiper zorientowane i doświadczone Kobiety). No chyba, że własnie są roboty drogowo-kolejowe i pociagi przestają jeżdzić, a komunikacja zastępcza owszem jest, ale autobusy jadace w pożądanym kierunku jakoś wcześniej niż po poł godzinie czekania na lodowatym wietrze nie przyjeżdżają. Można też jadąc na lotnisko wsiąść w pociąg jadący i owszem w wybranym kierunku, ale na około i zamiast 20 min. podróżowac dwa razy dłużej w skutek czego dostac się do autobusu jadącego na lotnisko 30 min. później, a po przedarciu się przez tłoczne centrum Londynu zobaczyć mega super hiper korek na autostradzie i ostrzeżenie HUGE DELAYS. Czy się denerwowałam? Ależ. Czy zdążyłyśmy? Ależ :) Jednak lot był najokropniejszy jaki miałam, w dodatku niewinny katar zaskutkował zatkaniem uszu, zatok szczekowych i bólem takim, że chciałam krzyczeć. Czy krzyczałam? Ależ.
Dwie obserwacje: kobiety nawet w najbardziej trzaskające zimno chodzą tam w klapkach założonych na gołe stopy. Tak, cieszę się, że mam mózg, uzywam go nawet i zakladam rajstopy oraz kozaki.
Napój kokosowy kupiony w China Town smakuje jak słodka woda po ugotowaniu ryżu. Myślę, że kupiony w innym miejscu też tak smakuje.
Zrobiłam zakupy w wyniku których moja szafa wzbogaciła się o dwie pary spodni letnich, mega miekki szlafrok, a Rezydent z okazji nadchodzących urodzin dostał wymarzoną wodę toaletową. Czy lubię robić prezenty? Ależ.
Pogoda cudowna- generalnie ciepło, no wieczorami lodowato, ale co tam.
Towarzystwo cudowne- Zwariowana Kuzynka traktujaca mnie jak królewnę co najmniej, dbająca o dosłownie wszystko od dogrzewania w pokoju, żebym nie zmarzła, przez dogadzanie kulinarne po metafizyczne rozmowy zakończone naszym placzem.
Przewodników po Londynie miałam, że hoho. Niczym nie musiałam sie martwić- ani transportem, ani tym, co zobaczyć, ani jak tam trafić. A widziałam wszystko chyba (Londyn mam w nogach tak samo jak Nowy York) od oczywiście turystycznego centrum, przez ciche i pastelowe Notting Hill (z jedynym chyba na świecie domem pomalowanym w kropki), Camden Town z dzikim tłumem ludzi, straganów kiczu i oszałamiajacych zapachów orientalnego jedzenia, po Greenwich z zimnym przenikliwym wiatrem, spacerem tunelem POD Tamizą i kolejką bezobslugową wiodącą na londyńskie wyspy kanaryjskie. Było też Primorose Hill z tak bajecznym światłem, że czułam się tak błogo, jakbym istniała w świecie równoległym i żadne troski tego świata mnie nie dotyczyły. No i nie można zapomnieć o wycieczce na cmetarz, który jak już do niego dotarłyśmy był oczywiście zamknięty, a pierwszą rzeczą, jaka zauważylam na ogrodzeniu była informacja, że to miejsce niebezpieczne i należy się trzymać od niego z daleka. Czy muszę wspominać, że było ciemno, a na ulicy ani zywej duszy 9martwych jak mniemam azż nadto tuż za ogrodzeniem).
Podróżowanie po Londynie jest rzeczywiscie mega łatwe, jak już się człowiek zorientuje co i jak z koleją, metrem, autobusami itp (no i jak ma obok siebie dwie super-hiper zorientowane i doświadczone Kobiety). No chyba, że własnie są roboty drogowo-kolejowe i pociagi przestają jeżdzić, a komunikacja zastępcza owszem jest, ale autobusy jadace w pożądanym kierunku jakoś wcześniej niż po poł godzinie czekania na lodowatym wietrze nie przyjeżdżają. Można też jadąc na lotnisko wsiąść w pociąg jadący i owszem w wybranym kierunku, ale na około i zamiast 20 min. podróżowac dwa razy dłużej w skutek czego dostac się do autobusu jadącego na lotnisko 30 min. później, a po przedarciu się przez tłoczne centrum Londynu zobaczyć mega super hiper korek na autostradzie i ostrzeżenie HUGE DELAYS. Czy się denerwowałam? Ależ. Czy zdążyłyśmy? Ależ :) Jednak lot był najokropniejszy jaki miałam, w dodatku niewinny katar zaskutkował zatkaniem uszu, zatok szczekowych i bólem takim, że chciałam krzyczeć. Czy krzyczałam? Ależ.
Dwie obserwacje: kobiety nawet w najbardziej trzaskające zimno chodzą tam w klapkach założonych na gołe stopy. Tak, cieszę się, że mam mózg, uzywam go nawet i zakladam rajstopy oraz kozaki.
Napój kokosowy kupiony w China Town smakuje jak słodka woda po ugotowaniu ryżu. Myślę, że kupiony w innym miejscu też tak smakuje.
Zrobiłam zakupy w wyniku których moja szafa wzbogaciła się o dwie pary spodni letnich, mega miekki szlafrok, a Rezydent z okazji nadchodzących urodzin dostał wymarzoną wodę toaletową. Czy lubię robić prezenty? Ależ.
Friday, February 29
wyznanie
"jesteś moją ciszą, moim spokojem, moim najpiękniejszym snem"
"dzieki tobie chcę być lepszym człowiekiem"
"dzieki tobie chce mi się wstać rano a w nocy śpię jak niemowlę"
autorstwa różne-żadnego nie powiedział BMM (sic!). czy były inne? oczywiście. ale tylko te sprawiły, że zaniemówiłam i chciałam sie schować w kokon, bo przecież ja nie sądziłam aż tak, bo przecież jest sie odpowiedzialnym za to, co się oswoiło, bo przecież niemożliwe, żeby komuś na mnie aż tak... sprawiają, że zamarłam, zaniemówiłam i rozpadłam się na milion kawałeczków.
ostatnie jest sprzed 20 min. i co ja mam teraz z tym zrobić?
"dzieki tobie chcę być lepszym człowiekiem"
"dzieki tobie chce mi się wstać rano a w nocy śpię jak niemowlę"
autorstwa różne-żadnego nie powiedział BMM (sic!). czy były inne? oczywiście. ale tylko te sprawiły, że zaniemówiłam i chciałam sie schować w kokon, bo przecież ja nie sądziłam aż tak, bo przecież jest sie odpowiedzialnym za to, co się oswoiło, bo przecież niemożliwe, żeby komuś na mnie aż tak... sprawiają, że zamarłam, zaniemówiłam i rozpadłam się na milion kawałeczków.
ostatnie jest sprzed 20 min. i co ja mam teraz z tym zrobić?
Friday, February 15
London Babe continued
Zazdrościcie mi? Nie? No to na co czekacie?! Boskie miasto, boskie towarzystwo, najlepsze walentynki ever. Relacja po powrocie, bo dostępu do netu nie będzie więcej.
Wednesday, February 13
London Baby!
Byłam w pracy, zaplanowałam szkolenie, odwiedziłam Krowę, pogadałam z przyjaciółką, pranie dosycha, zakupy zrobione, paszport znaleziony, prasować standardowo mi się nie chce, ale to zrobię. Reise fiber już przeszłam, załatwilam co miałam załatwić, a czego nie załatwiłam to trudno. Martwić się będę jak wrócę. I wiecie co? Wiem, że będzie pięknie, cudownie i jak tam sobie tylko wymyślę, bo będę z cudownymi ludźmi. Nawet prognoza pogody nie zapowiada deszczu. Teraz możecie mi naprawdę zazdrościć. To pa :*
Sunday, February 3
Błogość
Słowa już mnie nie prześladują. Pogodziłam się z sytuacja taką jaka jest i chyba nawet nie jest mi przykro. I to, że nie jest mi przykro tak naprawdę jest straszne, w końcu tyle lat razem, tyle przeżyć dobrych i złych, ale też taka zwykła codzienność. Trudno. Nie będę rozdzierać szat, choć na początku wylałam hektolitry łez. Jednak myślę, że to nie ja straciłam najwięcej.
Wszystko to, co się zdarzyło pomogło mi jednak w definicji przyjaźni. Otóż jak dla mnie przyjaciel po prostu akeptuje. Nie musi rozumieć, nie musi się zgdazać, ale szanuje moje wybory, moje decyzje i wspiera mnie w nich. Oczywiście o ile nie robię nikomu krzywdy i sama będę ponosić konsekwenje takiego a nie innego postępowania. Pozytyw jest jeszcze jeden- otaczają mnie dobrzy ludzie.
Nie mam motywacji do pracy. No nie mam i nie mogę jej znaleźć- pod łóżkiem nie ma, w kuchni nie ma w dużym pokoju też się nie chowa. Przy tzw "życiu" trzyma mnie tylko myśl, że już za chwilę ferie i mój wymarzony Londyn i przegadane noce z Szaloną Kuzynką i łażenie do upadłego z Kobietą Tajemną i Kobietą od Uzależnień Serialowych, którą chyba jednak powinnam zacząć nazywać inaczej. Wylot 14 lutego. Znak? Nie sądzę, chociaż byłoby miło. Może wtedy nie miałabym aż tak realistycznych snów, że oto Jeden Znajomy miłość mi wyznaje, a ja mam w głowie tylko co jego dziewczyna na to. A on w tym śnie absolutnie beztroski i absolutnie zakochany.
Weekend spędzam CUDOWNIE- bez wyjścia do pracy :))), w "wolnej chacie", bo Rezydent "na chałupach" jak to mawia Ciotka Góralka i może nie wróci do poniedziałku, a w dodatku on tę chatę posprzatał- może nie idealnie, ale zawsze :))). Piątkowy wieczór w towarzystwie Młodego Einsteina z genialnie przez niego zrobionym grzańcem (oraz obietnicą, że na mój kregosłup to on znajdzie czas- jak dla mnie nim to nastąpi muszę pozbyć się tych wałeczków tu i ówdzie), sobotni wieczór na spektaklu-koncercie Halucynacje- fenomenalne aranżacje i interpretacje piosenek Grzegorza Ciechowskiego. Niedziela dopiero się rozpoczęła, słońce świeci zabójczo, niebo jest lazurowe i może uda mi się dziś pojechać na masaż wodny z Kobietą Roztańczoną. I nie przeraża mnie, że mam praę do zrobienia na jutro i na pojutrze i, że to ważna praca. Niepokój sieje tylko kwestia finansów, ale i z nią dam sobie radę, bo jak nie ja to kto?
PS BMM był, prezent dał, laptopa. Miło z jego strony, nie?
Widać, że mi dobrze? Widać....
Wszystko to, co się zdarzyło pomogło mi jednak w definicji przyjaźni. Otóż jak dla mnie przyjaciel po prostu akeptuje. Nie musi rozumieć, nie musi się zgdazać, ale szanuje moje wybory, moje decyzje i wspiera mnie w nich. Oczywiście o ile nie robię nikomu krzywdy i sama będę ponosić konsekwenje takiego a nie innego postępowania. Pozytyw jest jeszcze jeden- otaczają mnie dobrzy ludzie.
Nie mam motywacji do pracy. No nie mam i nie mogę jej znaleźć- pod łóżkiem nie ma, w kuchni nie ma w dużym pokoju też się nie chowa. Przy tzw "życiu" trzyma mnie tylko myśl, że już za chwilę ferie i mój wymarzony Londyn i przegadane noce z Szaloną Kuzynką i łażenie do upadłego z Kobietą Tajemną i Kobietą od Uzależnień Serialowych, którą chyba jednak powinnam zacząć nazywać inaczej. Wylot 14 lutego. Znak? Nie sądzę, chociaż byłoby miło. Może wtedy nie miałabym aż tak realistycznych snów, że oto Jeden Znajomy miłość mi wyznaje, a ja mam w głowie tylko co jego dziewczyna na to. A on w tym śnie absolutnie beztroski i absolutnie zakochany.
Weekend spędzam CUDOWNIE- bez wyjścia do pracy :))), w "wolnej chacie", bo Rezydent "na chałupach" jak to mawia Ciotka Góralka i może nie wróci do poniedziałku, a w dodatku on tę chatę posprzatał- może nie idealnie, ale zawsze :))). Piątkowy wieczór w towarzystwie Młodego Einsteina z genialnie przez niego zrobionym grzańcem (oraz obietnicą, że na mój kregosłup to on znajdzie czas- jak dla mnie nim to nastąpi muszę pozbyć się tych wałeczków tu i ówdzie), sobotni wieczór na spektaklu-koncercie Halucynacje- fenomenalne aranżacje i interpretacje piosenek Grzegorza Ciechowskiego. Niedziela dopiero się rozpoczęła, słońce świeci zabójczo, niebo jest lazurowe i może uda mi się dziś pojechać na masaż wodny z Kobietą Roztańczoną. I nie przeraża mnie, że mam praę do zrobienia na jutro i na pojutrze i, że to ważna praca. Niepokój sieje tylko kwestia finansów, ale i z nią dam sobie radę, bo jak nie ja to kto?
PS BMM był, prezent dał, laptopa. Miło z jego strony, nie?
Widać, że mi dobrze? Widać....
Thursday, January 17
Przepych, przesyt i nadatek
Mam w sobie wiele słów. Wypowiadam je na głos, wypowiadam je szeptem, wypłakuję je i wykrzykuję bezgłośnie w mojej głowie. Kiedyś, na studiach Pan Od Tłumaczeń powiedział, że trwa odwieczny spór między lingiwstami a filozofami- co było pierwsze myśl czy słowo. Ja dziś wiem jedno. Słowa kreują rzeczywistość, słowa zmieniają rzeczywistość. Słowa są potężne. Im więcej ich artykuuję, tym więcej ich jest. Są różne- gorzkie, zawiedzione, znużone, smutne, wściekłe, zdziwione. Rozrzucam je wokół, a one wracają, kotłują mi się w głowie, nie pozwalają spać. Zostawiam je w kawiarni, zostawiam w pracy, zostawiam na ulicy. Próbuję je utopić w wannie, na basenie, we łzach. A one żyją, prześladują, wracają nieustannie. "dlaczego" jest najbardziej wytrwałe, uparte i nieprzejednane. Dlaczego? No właśnie- dla czego?
Wednesday, January 2
Zakrapiany sylwester czyli burza na 58m2
Jeśli nie widzieliście As Good As It Gets (Lepiej późno niż później) to musicie zobaczyć, bo inaczej nie będziecie w stanie wyobrazić sobie jak wygladałam zanosząc się szlochem, jak główna bohaterka tego filmu, przez właściwie cały sylwester. Jedynie efekty dźwiękowe mi nie towarzyszyły takie jak jej- za to wizualnie na bank ją przebiłam. Powód- a żebym to ja je wszystkie teraz pamiętała. Co nie oznacza, że 1 stycznia nie był kontynuacją fontanny łez. Ale:
1. Imprezę sylwetsrową spędziłam w towarzystwie cudnie ciepłych i życzliwych ludzi.
2. Jeść nie mogłam przez cały dzień (no bo jak tu jeść skoro nałykałam się tyle łez?) więc jak już usiadłam do stołu suto zastawionego jadłem i napitkiem i zjadłam, to o godzinie "0" zamiast składać życzenia piękne, to ja myślałam, żeby jak najszybciej do kibelka się udać i czy zdażęjednak wznieść toast...
3. Toast noworoczny wznosiłam najlepiej zmrożonym winem musującym na świecie- butelka od tygodnia siedziała w zamrażalniku, więc jej zawartość zamarzła. Byłam przekonana, że alkohol nie zamarza tak? Wino to alkohol, tak? No, to o co to halo? Na szczęście 21 min przed końcowym odliczaniem pomyślałam, żeby ją wyciągnąć i pod ciepłą wodą zdążyła oddajać na tyle, żeby było jak wznieść toast. Moi goście nie, ale ja miałam w lampce lody szampańskie. Mówiłam już, że jestem kobietą luksusową?
4. 1 dzień nowego roku przywitałam w pustym, nie licząc Milki, i posprzątanym mieszkaniu. Jako, że godzina była prawie południowa ubrałam się i poszłam wyprowadzić na spacer psa Poety-Prozaika, który bawił się w Berlinie (poeta bawił, nie pies). W ten sposób udało mi się zaliczyć nowowroczny spacer. Całkiem przyjemny i nawet nie zmarzłam wcale.
5. Udało mi się też wygrać bilety na koncert noworoczny do filharmonii i odstąpiłam je barboniom.
Jeśli nowy rok ma być taki jak jego pierwszy dzień to: minie mi na łonie natury i w domowych pieleszach w towarzystwie Milko only, jadła wszelakiego jak i słodkości mi nie zabraknie, a oczy na pewno będe miała w mokrym miejscu. Do tego fortuna będzie mi sprzyjać, a ja będę się nią dzielić. W grudniu zobaczymy, czy po tym wpisie będę mogła napisać cnd/u.
1. Imprezę sylwetsrową spędziłam w towarzystwie cudnie ciepłych i życzliwych ludzi.
2. Jeść nie mogłam przez cały dzień (no bo jak tu jeść skoro nałykałam się tyle łez?) więc jak już usiadłam do stołu suto zastawionego jadłem i napitkiem i zjadłam, to o godzinie "0" zamiast składać życzenia piękne, to ja myślałam, żeby jak najszybciej do kibelka się udać i czy zdażęjednak wznieść toast...
3. Toast noworoczny wznosiłam najlepiej zmrożonym winem musującym na świecie- butelka od tygodnia siedziała w zamrażalniku, więc jej zawartość zamarzła. Byłam przekonana, że alkohol nie zamarza tak? Wino to alkohol, tak? No, to o co to halo? Na szczęście 21 min przed końcowym odliczaniem pomyślałam, żeby ją wyciągnąć i pod ciepłą wodą zdążyła oddajać na tyle, żeby było jak wznieść toast. Moi goście nie, ale ja miałam w lampce lody szampańskie. Mówiłam już, że jestem kobietą luksusową?
4. 1 dzień nowego roku przywitałam w pustym, nie licząc Milki, i posprzątanym mieszkaniu. Jako, że godzina była prawie południowa ubrałam się i poszłam wyprowadzić na spacer psa Poety-Prozaika, który bawił się w Berlinie (poeta bawił, nie pies). W ten sposób udało mi się zaliczyć nowowroczny spacer. Całkiem przyjemny i nawet nie zmarzłam wcale.
5. Udało mi się też wygrać bilety na koncert noworoczny do filharmonii i odstąpiłam je barboniom.
Jeśli nowy rok ma być taki jak jego pierwszy dzień to: minie mi na łonie natury i w domowych pieleszach w towarzystwie Milko only, jadła wszelakiego jak i słodkości mi nie zabraknie, a oczy na pewno będe miała w mokrym miejscu. Do tego fortuna będzie mi sprzyjać, a ja będę się nią dzielić. W grudniu zobaczymy, czy po tym wpisie będę mogła napisać cnd/u.
Subscribe to:
Posts (Atom)