Sunday, October 21
I PO ptakach
W końcu młoda polska inteligencja ruszyła swe odwłoki na głosowanie :) I chwała nam za to :)
Sunday, October 14
Cała ja? Or is it?
Fragment "Taxi" w wykonaniu Justyny Szafran. Kobieta Tajemna, mówi, że piosenka kojarzy się jej ze mną. No poniższy fragment na pewno ;)
"Jestem kobietą po rozwodzie
i takmi dziwnie lekko z tym
mężczyźni mi na dłużej szkodzą,
choć wynalazkiem nie są złym.
Ja nawet bardzo chłopców lubię,
mogę ich mieć gdy tylko chcę,
prędzej czy później wszystkich gubię...
więc femme fatal nazwali mnie."
Całość do wysłuchania tu: http://www.justynaszafran.art.pl/taxi.wma
A najlepiej wybrać się na "Łagodną". Takiej dawki emocji już dawno nie miałam- including thrills going down my back.
"Jestem kobietą po rozwodzie
i takmi dziwnie lekko z tym
mężczyźni mi na dłużej szkodzą,
choć wynalazkiem nie są złym.
Ja nawet bardzo chłopców lubię,
mogę ich mieć gdy tylko chcę,
prędzej czy później wszystkich gubię...
więc femme fatal nazwali mnie."
Całość do wysłuchania tu: http://www.justynaszafran.art.pl/taxi.wma
A najlepiej wybrać się na "Łagodną". Takiej dawki emocji już dawno nie miałam- including thrills going down my back.
Kulturalnie-cd.
Tego, co poniżej słucham namiętnie. Nie dość, że klimat, to jeszcze tytuł.
A po lewej-nowe cytaty. Z Pratchett'a oczywiście.
A po lewej-nowe cytaty. Z Pratchett'a oczywiście.
Saturday, October 13
Kocia mama
Zostałam kocią mamą po raz drugi. Znalazłam dobry, opiekuńczy dom dla malutkiej kocicy z charakterem. Pomogłam też robić "kocie" zakupy, co, zważywszy na towarzystwo, dla którego i w którym te zakupy robiłam, było arcyprzyjemne. I jeszcze mi za to dziękowali. To tak jakby po moim orgaźmie facet podziękował za to, że go miałam :)
Tuesday, October 9
Nowy rozdział?
W rozjazdach byłam. Najpierw na ślubie najstarszego kuzyna, potem na "obozie pracy".
Ślub fajny był. Wytańczyłam się, pogadłam z bliższą i dalszą rodzinką. Nie obżarłam nieprzyzwoicie, bo oczywiście musiałam mnie migrena dopaść na samym wstępie czyli jak obiad serwowali- a dobry był... ponoć. Za to komplementów się nasłuchałam co niemiara. Od kobiet głównie- ciekawe nie? Niby tylko nowy fryz a ile radości (dla otoczenia też)- po nie mam pojecia jak długim czasie znów czuję się kobietą atrakcyjną- nawet pomimo wskazań wagi, co bym wolała, żeby niższe były.
Na obóz pracy- nazwany tak przez uczniów- zabrałam koleżanke polonistkę i maturzystów swych. Przywitały nas rozświetlone słońcem góry i temperetura taka, że spacer w krótkich rękawkach odbyliśmy. Spacer w miejsce ważne, bo do źródełka, co to jak się z niego wody w usta weźmie i pacierz zmówi a potem pobliską kapliczkę OBIEGNIE 7 razy wokół i dopiero wtedy wodę połknie to życzenie się spełni. Miłosne. Zrobiłam, co należało, ale nie biegałam, tylko obeszłam szybkim krokiem- no przecież nie będę swego leciwego ciała w ruchu na widok publiczny uczniów wystawiać... Jednak, wątpliwość co to tego "niebiegu" mąciła mi spokój, że oto losowi dopomogłam, a na spełnieniu życzenia mi zależy, i wróciłam tam już sama i obiegłam... Mogę więc z cała stanowczością stwierdzić, że wytrzymanie bez połknięcia wody jak się biegnie to spory wyczyn.
Potem pogoda nam się popsuła, za to grzyby obrodziły. Chodziłam, zbierałam, nie mam pojęcia czy jadalne. Koleżanka polonistka twierdziła, że tak. Ususzyłam, przywiozłam do domu, ale nie wiem czy zjem :)
Zaliczyłam też jazdę w karetce z uczennicą, co się nam tam pochorowała. KOSZMAR. Drogi kręte, jezdni nie widać. A pan doktor beztrosko oświadczył widząc mnie wysiadajacą z udręczonym wyrazem na blado-zielonej twarzy "trzeba było powiedzieć, dalibyśmy zastrzyk..." Powrót z Kowar do Sosnówki omal się nie odbył, bo taksówki w tym miasteczku przestają jeździć ok 20 w dni powszednie, a myśmy wracały po północy... Jednak pracownicy szpitala się zainteresowali i transport do ośrodka pomogli załawtić. 20 km za jedyne 70 zł. Szczerze, uważam, że tanio.
Zaliczyłam też brzemienną w skutkach kłótnię z Rezydentem (o mój brak informacji o terminie powrótu, a przecież on robotę pod moją obecność/ nieobecność w domu ustawia... wydawało mi się, że wracam do WŁASNEGO domu...) Kłótnia trwała 3 dni- z czego widzieliśmy się jakieś 10 min. Doszliśmy do porozumienia, jednak w tzw. międzyczasie Rezydent posunął się do słów absolutnie niecenzuralnych i nieakceptowalnych. Rezultat- 30.11 jako termin opuszczenia domu mego. Nie protestował. Zobaczymy tylko, co będzie jak termin się zbliży. Ciekawa jestem czy poprosi o przedłużenie, czy przemilczy i zostanie mimochodem tak jak sie wprowadził? Wiem jedno, ja nie przypomnę nic (bo ciekawa jestem tego, co on zrobi) i wiem, że nie będe miała na tyle siły, żeby się tej wyprowadzki domagać. Gorzej, że on też chyba to wie....
A poza tym dostałam pierwszy w tym roku prezent urodzinowy. Don Pedro mi aparat cyfrowy przysłał. I wszystko fajnie- tylko ładowarka nie ma wejścia na polskie gniazda. Ciekawe gdzie ja teraz przełączkę taką dostanę.
Ślub fajny był. Wytańczyłam się, pogadłam z bliższą i dalszą rodzinką. Nie obżarłam nieprzyzwoicie, bo oczywiście musiałam mnie migrena dopaść na samym wstępie czyli jak obiad serwowali- a dobry był... ponoć. Za to komplementów się nasłuchałam co niemiara. Od kobiet głównie- ciekawe nie? Niby tylko nowy fryz a ile radości (dla otoczenia też)- po nie mam pojecia jak długim czasie znów czuję się kobietą atrakcyjną- nawet pomimo wskazań wagi, co bym wolała, żeby niższe były.
Na obóz pracy- nazwany tak przez uczniów- zabrałam koleżanke polonistkę i maturzystów swych. Przywitały nas rozświetlone słońcem góry i temperetura taka, że spacer w krótkich rękawkach odbyliśmy. Spacer w miejsce ważne, bo do źródełka, co to jak się z niego wody w usta weźmie i pacierz zmówi a potem pobliską kapliczkę OBIEGNIE 7 razy wokół i dopiero wtedy wodę połknie to życzenie się spełni. Miłosne. Zrobiłam, co należało, ale nie biegałam, tylko obeszłam szybkim krokiem- no przecież nie będę swego leciwego ciała w ruchu na widok publiczny uczniów wystawiać... Jednak, wątpliwość co to tego "niebiegu" mąciła mi spokój, że oto losowi dopomogłam, a na spełnieniu życzenia mi zależy, i wróciłam tam już sama i obiegłam... Mogę więc z cała stanowczością stwierdzić, że wytrzymanie bez połknięcia wody jak się biegnie to spory wyczyn.
Potem pogoda nam się popsuła, za to grzyby obrodziły. Chodziłam, zbierałam, nie mam pojęcia czy jadalne. Koleżanka polonistka twierdziła, że tak. Ususzyłam, przywiozłam do domu, ale nie wiem czy zjem :)
Zaliczyłam też jazdę w karetce z uczennicą, co się nam tam pochorowała. KOSZMAR. Drogi kręte, jezdni nie widać. A pan doktor beztrosko oświadczył widząc mnie wysiadajacą z udręczonym wyrazem na blado-zielonej twarzy "trzeba było powiedzieć, dalibyśmy zastrzyk..." Powrót z Kowar do Sosnówki omal się nie odbył, bo taksówki w tym miasteczku przestają jeździć ok 20 w dni powszednie, a myśmy wracały po północy... Jednak pracownicy szpitala się zainteresowali i transport do ośrodka pomogli załawtić. 20 km za jedyne 70 zł. Szczerze, uważam, że tanio.
Zaliczyłam też brzemienną w skutkach kłótnię z Rezydentem (o mój brak informacji o terminie powrótu, a przecież on robotę pod moją obecność/ nieobecność w domu ustawia... wydawało mi się, że wracam do WŁASNEGO domu...) Kłótnia trwała 3 dni- z czego widzieliśmy się jakieś 10 min. Doszliśmy do porozumienia, jednak w tzw. międzyczasie Rezydent posunął się do słów absolutnie niecenzuralnych i nieakceptowalnych. Rezultat- 30.11 jako termin opuszczenia domu mego. Nie protestował. Zobaczymy tylko, co będzie jak termin się zbliży. Ciekawa jestem czy poprosi o przedłużenie, czy przemilczy i zostanie mimochodem tak jak sie wprowadził? Wiem jedno, ja nie przypomnę nic (bo ciekawa jestem tego, co on zrobi) i wiem, że nie będe miała na tyle siły, żeby się tej wyprowadzki domagać. Gorzej, że on też chyba to wie....
A poza tym dostałam pierwszy w tym roku prezent urodzinowy. Don Pedro mi aparat cyfrowy przysłał. I wszystko fajnie- tylko ładowarka nie ma wejścia na polskie gniazda. Ciekawe gdzie ja teraz przełączkę taką dostanę.
Subscribe to:
Posts (Atom)