Tuesday, July 10

Some things get lost, some are found.

Znalazłam w końcu nowe perfumy, które od tej pory, aż do ich zmiany- ostatnie trwały 10 lat- będą moim trademark. Są świeże, jak określił Barboń melonowe, ale mają w sobie to coś.... są i na dzień i na wieczór. Takich właśnie szukałam, bo będąc uczuloną na alkohol perfumuję włosy, a nie zawsze mam okazję je umyć jeśli wychodzę wieczorem ergo nie mogę też zmienić perfum na wieczorowe.
Nie znalazłam jeszcze tylko cienia, który będzie moją podstawą, a z przerażeniem zauważyłam dziś, że kończą mi się moje ukochane kolory. Jutro mam spotkanie z Pania Kasią i bardzo już nie mogę się doczekac tego, co wyczaruje na mojej twarzy... I mam nadzieję umówić się też z Panią Edytą i wyglądać wtedy już całkiem zabójczo. Dla samej siebie.

Po doświadczeniach weekendowych mam ochotę wycofać się, mam ochotę robić wszystko sama, sama iśc do kina, sama być w domu, sama iść na zakupy, sama, sama, sama. Ciekawe, jak bardzo można się pomylić w ocenie ludzi, których wydawałoby się zna się dobrze. Jak bardzo można nieakceptować ich zachowania, jak tak naprawdę właściwie w jednej chwili stali sie obcy, jak bardzo nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Ciekawe też jak długo ten stan zostanie.

Dziś Barbonie zapytali mnie o NZ. Dalej chcę tam wyjechać, a oni nawet nie oponowali. Mam nadzieję, że jeśli kiedykolwiek będę miała dzieci, będę w stanie dać im dokładnie takie wsparcie, jak oni mnie od czasu rozwodu.

Fizyczne obrzydzenie dalej obecne. Zaczynam się już przyzwyczajać do uczucia głodu, który jakoś szczególnie dotkliwie mnie dopadł zaraz po przekroczeniu progu domu Barboniów. Barbonia oczywiście nakarmiła swoje głodne dziecko. W moim własnym domu dalej nie chce mi się nic jeść, z rozsądku rano wmusiłam w siebie pomidora, w końcu 3 dni głodówki, to raczej mało normalne...

No comments: