Sunday, February 3

Błogość

Słowa już mnie nie prześladują. Pogodziłam się z sytuacja taką jaka jest i chyba nawet nie jest mi przykro. I to, że nie jest mi przykro tak naprawdę jest straszne, w końcu tyle lat razem, tyle przeżyć dobrych i złych, ale też taka zwykła codzienność. Trudno. Nie będę rozdzierać szat, choć na początku wylałam hektolitry łez. Jednak myślę, że to nie ja straciłam najwięcej.
Wszystko to, co się zdarzyło pomogło mi jednak w definicji przyjaźni. Otóż jak dla mnie przyjaciel po prostu akeptuje. Nie musi rozumieć, nie musi się zgdazać, ale szanuje moje wybory, moje decyzje i wspiera mnie w nich. Oczywiście o ile nie robię nikomu krzywdy i sama będę ponosić konsekwenje takiego a nie innego postępowania. Pozytyw jest jeszcze jeden- otaczają mnie dobrzy ludzie.

Nie mam motywacji do pracy. No nie mam i nie mogę jej znaleźć- pod łóżkiem nie ma, w kuchni nie ma w dużym pokoju też się nie chowa. Przy tzw "życiu" trzyma mnie tylko myśl, że już za chwilę ferie i mój wymarzony Londyn i przegadane noce z Szaloną Kuzynką i łażenie do upadłego z Kobietą Tajemną i Kobietą od Uzależnień Serialowych, którą chyba jednak powinnam zacząć nazywać inaczej. Wylot 14 lutego. Znak? Nie sądzę, chociaż byłoby miło. Może wtedy nie miałabym aż tak realistycznych snów, że oto Jeden Znajomy miłość mi wyznaje, a ja mam w głowie tylko co jego dziewczyna na to. A on w tym śnie absolutnie beztroski i absolutnie zakochany.

Weekend spędzam CUDOWNIE- bez wyjścia do pracy :))), w "wolnej chacie", bo Rezydent "na chałupach" jak to mawia Ciotka Góralka i może nie wróci do poniedziałku, a w dodatku on tę chatę posprzatał- może nie idealnie, ale zawsze :))). Piątkowy wieczór w towarzystwie Młodego Einsteina z genialnie przez niego zrobionym grzańcem (oraz obietnicą, że na mój kregosłup to on znajdzie czas- jak dla mnie nim to nastąpi muszę pozbyć się tych wałeczków tu i ówdzie), sobotni wieczór na spektaklu-koncercie Halucynacje- fenomenalne aranżacje i interpretacje piosenek Grzegorza Ciechowskiego. Niedziela dopiero się rozpoczęła, słońce świeci zabójczo, niebo jest lazurowe i może uda mi się dziś pojechać na masaż wodny z Kobietą Roztańczoną. I nie przeraża mnie, że mam praę do zrobienia na jutro i na pojutrze i, że to ważna praca. Niepokój sieje tylko kwestia finansów, ale i z nią dam sobie radę, bo jak nie ja to kto?

PS BMM był, prezent dał, laptopa. Miło z jego strony, nie?

Widać, że mi dobrze? Widać....

2 comments:

Anonymous said...

Oj zdecydowanie warto rozważyć zmianę tego przydomka;) aczkolwiek chętnie dowiedziałabym się co on właściwie oznacza i skąd się wziął :)

Avalanche said...

no jak to skąd się wziął... a od kogo Lostów dostałam, hę, a Friendsów, hę, a 24? :)))) A co do przydomka to już coś mi się po głowie kołacze :)))